Poradnik

Gdzie uciekają moje pieniądze? 7 miejsc, których zwykle nie zauważasz

Zaktualizowano

Wypłata była dwa tygodnie temu. Rachunki są opłacone. Nie było żadnego wyjątkowo drogiego zakupu. A mimo to patrzysz na konto i zastanawiasz się: gdzie właściwie zniknęły moje pieniądze?

To jedno z najczęściej zadawanych pytań o domowy budżet i prawie nigdy nie ma na nie jednej dramatycznej odpowiedzi. Pieniądze rzadko znikają w jednym dużym wydatku. Zwykle rozchodzą się w kilkunastu małych, z których każdy z osobna wygląda zupełnie rozsądnie.

Poniżej znajdziesz siedem miejsc, w których domowy budżet przecieka najczęściej, oraz prosty sposób, żeby w pół godziny sprawdzić, które z nich dotyczą właśnie Ciebie. Bez aplikacji, bez arkusza z dwudziestoma kategoriami i bez robienia sobie wyrzutów.

1. Drobne płatności, których mózg nie zapamiętuje

Kawa po drodze do pracy. Woda i bułka na stacji. Batonik przy kasie. Dwie rzeczy „przy okazji” w sklepie na rogu, bo akurat było otwarte. Każdy z tych wydatków ma od kilku do kilkunastu złotych i żaden nie wygląda na wart zapamiętania.

Problem nie polega na tym, że są niepotrzebne. Problem polega na tym, że są niewidoczne. Kiedy pod koniec miesiąca próbujesz odtworzyć z pamięci, na co poszły pieniądze, przypominasz sobie czynsz, ratę i większe zakupy. Czterdziestu płatności po 8–15 zł nie przypomnisz sobie w ogóle — a to właśnie one najczęściej tworzą różnicę między tym, ile myślisz, że wydajesz, a tym, ile wydajesz naprawdę.

Płatność telefonem albo zbliżeniowa tę różnicę dodatkowo pogłębia: trwa sekundę i nie zostawia po sobie żadnego śladu, który pamięć mogłaby powiązać z wydatkiem.

Co z tym zrobić: nie musisz z nich rezygnować. Wystarczy, że raz w miesiącu je policzysz. Sama znajomość kwoty zwykle zmienia zachowanie skuteczniej niż postanowienie „będę oszczędzać”.

2. Subskrypcje, których prawie nie używasz

Serwis z filmami, drugi serwis z filmami, muzyka, chmura na zdjęcia, aplikacja treningowa, dodatkowa skrzynka pocztowa, gra w abonamencie. Pojedynczo: 15, 20, 30 zł miesięcznie. Razem — u wielu osób więcej niż rachunek za prąd.

Subskrypcje są zaprojektowane tak, żeby o nich zapomnieć. Odnawiają się same, nie wymagają żadnej decyzji i nie wysyłają przypomnienia, że w tym miesiącu nikt z nich nie skorzystał. Najdroższe wcale nie są te, które kosztują najwięcej — tylko te, z których nie korzystasz od pół roku.

Co z tym zrobić: wypisz wszystkie subskrypcje z wyciągu, nie z pamięci — pamięć pominie co najmniej jedną. Przy każdej dopisz datę ostatniego użycia. Decyzja zwykle podejmuje się sama.

3. Jedzenie poza domem i dostawy

To kategoria, w której najłatwiej pomylić się o kilkaset złotych, bo składa się z wydatków o bardzo różnej wielkości. Lunch w pracy za 25 zł, kawa za 14 zł, piątkowe zamówienie z dostawą za 70 zł, wyjście ze znajomymi za 120 zł. Nic z tego nie wygląda na ekstrawagancję.

Dostawa ma przy tym własną, ukrytą arytmetykę: do ceny jedzenia dochodzi koszt dostawy, opłata serwisowa i napiwek. Zamówienie „za 45 zł” potrafi zamknąć się kwotą 60 zł i więcej. Dwa razy w tygodniu przez miesiąc to różnica rzędu stu kilkudziesięciu złotych — przy dokładnie tym samym jedzeniu.

Co z tym zrobić: rozdziel tę kategorię na dwie — „jedzenie w domu” i „jedzenie poza domem”. Dopóki są policzone razem, nie widać, która z nich rośnie.

4. Zakupy „bo to tylko 30–50 zł”

Istnieje przedział cenowy, w którym większość z nas przestaje się zastanawiać. Zwykle mieści się gdzieś między 30 a 50 zł. Wydatek 500 zł wymaga decyzji. Wydatek 40 zł „nie jest wart” myślenia.

Tyle że budżet nie liczy decyzji — liczy złotówki. Dziesięć takich zakupów w miesiącu to 400 zł, czyli u wielu osób więcej niż rata. A ponieważ każdy z nich był osobno uzasadniony, w podsumowaniu miesiąca nie ma żadnego winnego.

Co z tym zrobić: nie chodzi o zakaz, tylko o zobaczenie sumy. Jeśli po zsumowaniu uznasz, że te 400 zł było dobrze wydane — w porządku. To świadoma decyzja, a nie przeciek.

5. Raty i odroczone płatności

Raty mają nieprzyjemną właściwość: kupujesz raz, a płacisz przez wiele miesięcy — często długo po tym, jak zakup przestał cieszyć. Telefon, sprzęt AGD, rower, wakacje rozłożone na dwanaście części, zakupy w modelu „kup teraz, zapłać później”.

Każda rata z osobna jest niewielka i na tym polega jej siła sprzedażowa. Ale raty się kumulują i — w odróżnieniu od zwykłych zakupów — nie da się ich w danym miesiącu ograniczyć. Kiedy przychodzi gorszy miesiąc, są tą częścią budżetu, której nie można ruszyć.

Co z tym zrobić: policz sumę wszystkich rat i odroczonych płatności oraz sprawdź, kiedy każda z nich się kończy. To jedna z niewielu liczb w domowym budżecie, którą warto znać na pamięć.

6. Wydatki nieregularne, które udajemy, że są niespodzianką

Ubezpieczenie samochodu. Przegląd i opony. Wizyta u dentysty. Prezenty świąteczne i urodzinowe. Roczna opłata za abonament zapłacony z góry. Wymiana pralki, która i tak miała już swoje lata.

Żaden z tych wydatków nie jest niespodzianką. Ubezpieczenie przychodzi co roku o tej samej porze, święta są w grudniu, a opony zmienia się dwa razy w roku. Traktujemy je jak niespodzianki wyłącznie dlatego, że nie ma ich w miesięcznym budżecie — więc za każdym razem rozbijają miesiąc i najczęściej są finansowane z oszczędności albo z karty.

Co z tym zrobić: wypisz je wszystkie z ostatnich dwunastu miesięcy, zsumuj i podziel przez dwanaście. Wynik to kwota, która realnie powinna co miesiąc odchodzić na bok. Dla wielu osób jest to najbardziej otrzeźwiająca liczba w całym ćwiczeniu.

7. Inflacja stylu życia

Ostatni punkt jest najtrudniejszy do zauważenia, bo nie widać go w żadnej pojedynczej transakcji. Zarabiasz więcej niż trzy lata temu — i odkładasz mniej więcej tyle samo co wtedy. Albo mniej.

Podwyżka rzadko idzie na jedną dużą rzecz. Rozchodzi się po całym budżecie: trochę lepsze zakupy, częstsze wyjścia, wygodniejszy abonament, mieszkanie o jeden pokój większe, samochód o klasę wyżej. Każda z tych zmian jest zrozumiała i żadna nie wygląda na rozrzutność. Efekt bywa jednak taki, że wyższy dochód nie poprawia sytuacji finansowej — podnosi tylko poprzeczkę, poniżej której zaczyna się dyskomfort.

Co z tym zrobić: przy najbliższej podwyżce ustal z góry, jaka jej część zostaje w budżecie, a jaka idzie na oszczędności — zanim zdążysz przyzwyczaić się do nowej kwoty na koncie.

Jak w 30 minut sprawdzić, gdzie naprawdę uciekają twoje pieniądze

Nie potrzebujesz aplikacji ani arkusza z dwudziestoma kategoriami. Potrzebujesz historii transakcji i pół godziny spokoju.

  1. Otwórz historię z ostatnich trzech miesięcy. Jeden miesiąc to za mało — zawsze trafi się nietypowy. Trzy pokazują wzorzec.
  2. Wypisz wszystkie wydatki. Bez oceniania i bez pomijania tych, które „się nie liczą”. Na tym etapie zbierasz dane, a nie wydajesz wyroki.
  3. Podziel je na proste kategorie. Sześć do ośmiu w zupełności wystarczy: mieszkanie i rachunki, jedzenie, transport, raty, subskrypcje, jedzenie na mieście, drobne zakupy, pozostałe.
  4. Zaznacz pięć największych wydatków. Zwykle jeden albo dwa okazują się zaskoczeniem.
  5. Zaznacz powtarzające się drobne wydatki. Te, które pojawiają się kilkanaście razy w miesiącu. Policz ich sumę, a nie pojedynczą kwotę.
  6. Wybierz tylko jedną kategorię do ograniczenia. Nie trzy, nie wszystkie. Jedną — tę, przy której najmniej Ci zależy na tym, co za nią dostajesz.

Ostatni punkt jest ważniejszy, niż wygląda. Plan zakładający cięcie wszystkiego naraz zwykle kończy się po dwóch tygodniach. Jedna kategoria przez trzy miesiące ma znacznie większą szansę przetrwać.

Jak to wygląda w praktyce

Anna zarabia 6 200 zł netto. Mieszka sama, nie ma kredytu hipotecznego i nie uważa się za osobę rozrzutną. Po podzieleniu trzech miesięcy wyciągu na kategorie jej przeciętny miesiąc wygląda tak:

Przykładowy miesięczny budżet przy dochodzie 6 200 zł netto
Kategoria Kwota
Mieszkanie i rachunki2 450 zł
Jedzenie (zakupy)1 050 zł
Transport430 zł
Raty390 zł
Subskrypcje165 zł
Jedzenie na mieście i dostawy620 zł
Drobne zakupy540 zł
Pozostałe390 zł
Zostaje na koniec miesiąca 165 zł

Anna nie musi ciąć wszystkiego. Trzy największe pozycje — mieszkanie, jedzenie i transport — są w jej sytuacji trudne do ruszenia z miesiąca na miesiąc. Za to dwie kategorie z dołu tabeli, jedzenie na mieście i drobne zakupy, dają razem 1 160 zł i to w nich jest największe pole manewru.

Ograniczenie ich o mniej więcej jedną trzecią to około 380 zł miesięcznie. Znalezienie 300–500 zł w jednej albo dwóch kategoriach zwykle wystarcza, by po raz pierwszy zacząć odkładać regularnie — a to regularność, a nie wysokość kwoty, decyduje o tym, czy oszczędzanie w ogóle się utrzyma.

Ćwiczenie na najbliższy tydzień

Przejrzyj trzy ostatnie miesiące i znajdź jedną kategorię, w której możesz odzyskać 5–10% wydatków. Nie więcej. Zapisz tę kwotę i sprawdź ją po miesiącu.

Pięć procent brzmi jak mało — i o to chodzi. Cel, który wygląda na zbyt łatwy, jest zwykle jedynym, który udaje się utrzymać.

Chcesz przejść przez ten proces spokojnie krok po kroku?

Przeczytaj bezpłatnie rozdział „Gdzie naprawdę znikają twoje pieniądze?” z książki „Pieniądze, które pracują”.

Od jednego przecieku do całego planu

Znalezienie miejsca, w którym budżet przecieka, to pierwszy krok i zwykle najłatwiejszy. Trudniejsze jest to, co przychodzi później: ile powinna wynosić poduszka finansowa, w jakiej kolejności spłacać długi i co zrobić z pieniędzmi, które zaczynają zostawać na koncie.

Te kroki opisaliśmy po kolei w książce Pieniądze, które pracują — zwykłym językiem, bez żargonu i bez obietnic szybkiego wzbogacenia się.

Ważna informacja: ta książka ma charakter edukacyjny. Nie jest indywidualnym doradztwem finansowym ani inwestycyjnym i nie uwzględnia Twojej osobistej sytuacji. Inwestowanie wiąże się z ryzykiem, w tym z ryzykiem utraty części lub całości zainwestowanych środków. Wyniki osiągnięte w przeszłości nie gwarantują wyników w przyszłości. Decyzje finansowe podejmujesz samodzielnie i na własną odpowiedzialność.

Zacznij od jednego rozdziału za darmo

Rozdział „Gdzie naprawdę znikają twoje pieniądze?” przeczytasz bez podawania e-maila. Jeśli sposób pisania Ci odpowiada, resztę planu znajdziesz w książce.